czwartek, 20 maja 2010

Generalicja II


Nadaktywny kandydat na prezydenta, marszałek Sejmu pełniący obowiązki prezydenta RP Bronek Komorowski wyznaczył/nominował/docenił (niepotrzebne skreślić) nowych dowódców dla polskiej armii. I tak nowym szefem Wojsk Lądowych został gen. Zbigniew Głowienka, Siłami Powietrznymi będzie zawiadywał gen. Lech Majewski natomiast dowództwem Operacyjnym Sił Zbrojnych pokieruje gen. Edward Gruszka.

Jako, że nie znam żadnego z tych panów wspomogę się opinią byłego szefa Wojsk Lądowych generała Waldemara Skrzypczaka:

"Wojskowi, którzy są w służbie czynnej pochwalą kandydatów, bo nie mają wyjścia. Ci, którzy odeszli z armii, mogą powiedzieć prawdę - to nie są dowódcy, którzy mają autorytet w wojsku. Porównajmy ich z poprzednikami na tych stanowiskach. Gruszka po gen. Bronisławie Kwiatkowskim - nie ta liga. Głowienka po gen. Tadeuszu Buku - nie ta liga. Majewski po gen. Andrzeju Błasiku - wciąż nie ta liga. Dlaczego wcześniej powoływano młodszych a ich pomijano? Dlaczego wcześniej nie było zgody na ich nominacje? (...) bo nie mieli odpowiedniego doświadczenia i autorytetu; bo byli ludzie, którzy ich przerośli...."


źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7913034,Gen__Skrzypczak__Wybrano_ludzi_bez_autorytetu_w_wojsku.html

środa, 19 maja 2010

Generalicja...


Coś strasznego dzieje się w polskiej armii. Oficerowie giną...lub odchodzą a minister obrony narodowej Klich dzielnie trwa na stanowisku /czytaj: trzyma się stołka/.

Fakty:

styczeń 2008r. ginie w katastrofie samolotu Casa dwudziestu wojskowych z gen. bryg. Andrzejem Andrzejewskim na czele, dowódcą 1 Brygady Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie

sierpień 2009r. odchodzi Dowódca Wojsk Lądowych generał Waldemar Skrzypczak : - "My wiemy czym walczyć. Nie urzędnicy wojskowi, biurokracja ma nam mówić czym walczyć. To my wiemy czym mamy walczyć i chcemy, żeby nas słuchano. Zabrano nam kompetencje, zostawiając odpowiedzialność. Czy nadejdzie czas, że ktoś, kto zaniedbał te kwestie, poniesie odpowiedzialność?"

10.04.2010r. - giną pod Smoleńskiem:
Lech Kaczyński - zwierzchnik Sił Zbrojnych,
Aleksander Szczygło - Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego,
Generał Franciszek Gągor - Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego,
Generał broni Bronisław Kwiatkowski - Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych RP,
Generał broni pil. Andrzej Błasik Dowódca Sił Powietrznych RP,
Generał dyw. Tadeusz Buk Dowódca Wojsk Lądowych RP,
Generał dyw. Włodzimierz Potasiński Dowódca Wojsk Specjalnych RP,
Wiceadmirał Andrzej Karweta Dowódca Marynarki Wojennej RP,
Generał bryg. Kazimierz Gilarski Dowódca Garnizonu Warszawa.

maj 2010r. do dymisji się podają: pełniący czasowo obowiązki dowódcy sił powietrznych gen. dywizji Krzysztof Załęski - "bo żona mi tak kazała" oraz zastępca szefa Sztabu Generalnego generał broni Mieczysław Stachowiak "ze względu na pogarszający się stan zdrowia"...

W międzyczasie o odwołanie Klicha wnoszą m.in. generał Petelicki i Ludwik Dorn. Bez skutku. Co jeszcze musi się stać, by odwołać Klicha??? Już po pierwszej katastrofie powinien złożyć honorową, przyjętą z ulgą dymisję. Oporny człowiek. Przyspawany. Minister Obrony Narodowej....

http://www.wprost.pl/ar/169246/Gen-Skrzypczak-oskarza-polityklw/
http://wyborcza.pl/1,75478,7900912,General_chcial_odejsc__bo_zona_mu_kazala.html
http://wyborcza.pl/1,75478,7905041,Kolejny_general_chce_odejsc_z_armii.html
http://wiadomosci.polska.pl/katastrofa_CASA/index.htm
http://www.gp24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100410/KRAJ/395064946

wtorek, 18 maja 2010

Powódź...


Natura podsunęła temat... Powódź zaatakowała południowe województwa Polski. Wspomina się raport NIK-u z lutego br. o fatalnym zaniedbaniu odbudowy wałów przeciwpowodziowych w Małopolsce. Premier Tusk jedzie sztorcować ratowników pomagających ludziom, którzy ucierpieli wskutek żywiołu: "Jeśli stwierdzimy jakikolwiek zaniedbanie, to nie będę ani sekundy się litował nad tymi, którzy podjęli nietrafne decyzje z własnej winy... Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył"...

Zatem po kolei:

Prezydent RP Lech Kaczyński w dniu 9 czerwca 2006r. przekazał do Sejmu projekt ustawy o Funduszu Pomocy Ofiarom Klęsk Żywiołowych, który to projekt został dwa razy utrącony przez Platformę Obywatelską i PSL, czyli miłościwie nam panującą koalicję rządową. Z reguły wyglądało to tak: "Sejm odrzucił prezydencki projekt ustawy o utworzeniu Funduszu Pomocy Ofiarom Klęsk Żywiołowych dla osób poszkodowanych. Wniosek o odrzucenie złożyły w trakcie pierwszego czytania PO i PSL.
Za odrzuceniem projektu było 249 posłów, przeciw - 197, a dwóch wstrzymało się od głosu." 8 lutego 2008 r. Prezydent RP {ponownie - przyp. autora} skierował do rozpatrzenia przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej projekt ustawy o Funduszu Pomocy Ofiarom Klęsk Żywiołowych. Rzecz jasna z analogicznym skutkiem... Odrzucali zatem można przypuszczać, że taki Fundusz był zupełnie pozbawiony platformerskiego sensu...

Komentarz: Zapamiętajcie, kto co zawalił, kto co spieprzył...

źródła: http://www.dziennik.pl/polityka/article609534/Tusk_Zapamietajcie_kto_co_spiep_l.html#reqRss
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7902716,_Zapamietajcie__kto_co_spiep____Nie_bedzie_litosci__.html
http://www.prezydent.pl/aktywnosc/ustawy/zgloszone/art,30,projekt-ustawy-o-funduszu-pomocy-ofiarom-klesk-zywiolowych-.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Sejm-odrzucil-projekt-ustawy-o-Funduszu-Pomocy-Ofiarom-Klesk,wid,10193992,wiadomosc.html?ticaid=1a307
http://e-prawnik.pl/wiadomosci/projekty-ustaw/pomoc-dla-ofiar-klesk-zywiolowych.html

poniedziałek, 17 maja 2010

Dobra zagrywka...


Bronek Komorowski p.o. prezydenta RP wykonał pokerowe zagranie. Wymyślił posiłkując się wikipedią Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Oczywiście nie jest to element jego kampanii wyborczej - to jego troska o Państwo. A że przy okazji ustawił trzech kandydatów na urząd prezydenta RP w pozycji petentów... Teoretycznie ma prawo. Zagranie dobre, ale czy publika doceni?

obrazek: http://bi.gazeta.pl/im/2/7894/z7894472X.jpg

niedziela, 16 maja 2010

Strach...


Blady strach padł na popleczników Komorowskiego w związku z coraz lepszymi notowaniami J. Kaczyńskiego. Wczoraj wykopano z niebytu Palikota, dzisiaj uruchomiono Komitet Honorowy poparcia, w którym znaleźli się m.in.: Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Wisława Szymborska, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Robert Korzeniowski, Władysław Bartoszewski, Marek Kamiński, Leszek Blanik, Janusz Gajos, Kora Jackowska, Stanisław Tym ,Zbigniew Preisner, Wojciech Pszoniak. Stosześćdziesiąt wybitnych osób, brakowało chyba tylko Jaruzelskiego, Kiszczaka i Dukaczewskiego... Nie wdając się w szczegóły wspomnieć należy co ciekawsze wystąpienia. Najpierw ostra jazda "profesora" Bartoszewskiego:„Jeżeli Polska miałaby spaść do rangi zainteresowania, jaką obdarzona jest Ruanda, Burundi w świecie, to byłby najlepszy argument za wybraniem człowieka, który ma doświadczenie w hodowli zwierząt futerkowych, natomiast nie ma doświadczenia bycia ojcem czegokolwiek i czymkolwiek, tylko – jak twierdzi Lech Wałęsa – jest autorem zawodowej dekonstrukcji". Potem wystąpił arbiter elegancji i taktu Andrzej Wajda strasząc "wojną domową", były także wierszyki np. Marek Majewski pojechał po linii psychopaci z charyzmą kontra Bronek Normalny: "Większość z nas ma od dawna przekonanie, że to Bronek powinien zostać prezydentem, więc miast tworzyć powodów oraz zalet listę, nie rozwódźmy się nad tym, co jest oczywiste. Skupmy się raczej na tym, nie czy, ale jak, bo wciąż obserwujemy smutny czasu znak, że normalność się dzisiaj nie specjalnie ceni. Sprzedają się głośniejsi, bardziej nawiedzeni, a zwykły człowiek musi potem za to płacić, bo nazbyt często charyzmę mają psychopaci. Więc brońmy się, od osób tutaj zgromadzonych, niech się zacznie prawdziwy komitet obrony: Przyjaźń, prawość, tradycja, spokój, pewność jutra, nie dajmy sobie tego wypaczyć, ni ukraść. On broni tych wartości, więc my brońmy jego. Komitet Obrony Bronka Normalnego.". Oględnie mówiąc blady strach padł na platformerskie pospolite ruszenie. Tymi metodami nie dadzą rady. Strzelają sobie w kolanka...

źródła:
http://bronislawkomorowski.pl/files/72KomitetPoparcia.pdf
http://wyborcza.pl/1,75478,7888243,Platforma_kontratakuje__Wajda_straszy.html
http://www.rp.pl/artykul/9158,480703.html

sobota, 15 maja 2010

Niesiołowski...

Dzisiaj wypłynął Palikot, zatem wróćmy do wielkiego Stefana. Dajmy mu głos, niech gra muzyka, niech polityka miłości znowu świeci tryumfy...



Przyjdzie pora także na omówienie twórczości Palikota.

wtorek, 11 maja 2010

Cytat dnia...


Zachęcam do lektury bloga Rafała Ziemkiewicza http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/

Dla smakoszy:

"Powiedział: „chcę w symboliczny sposób dokończyć tę wizytę”. Pojechał do Smoleńska i TAM tak powiedział, składając kwiaty na miejscu katastrofy! Wszyscy słyszeli!? POWIEDZIAŁ TO! Zawłaszcza smoleńską tragedię! Instrumentalizuje katastrofę w kampanii wyborczej! Wywija zwłokami! Okłada konkurenta trumnami! „Nekrofilia! Pedofilia!” „Paskudztwo!” „Moralna obrzydliwość!”

Spokojnie, żartuję… Chodzi o Bronisława Komorowskiego, kandydata PO. To on pojechał do Smoleńska i tak powiedział.

A, to co innego. Szacun, panie marszałku. „Taaaki rispekt”, jak mówił Kuba Wojewódzki o Aleksandrze Kwaśniewskim."

Szacun, panie Ziemkiewicz!

niedziela, 9 maja 2010

Tańczący na kurhanach wrogów...







Fotostory:
1. Jaruzelski i Castro
2. Jaruzelski i Putin
3. Jaruzelski i Komorowski

Dziennik.pl w artykule "Jaruzelski modlił się za Lecha Kaczyńskiego" podaje:

"Marszałek Sejmu, p.o. prezydenta RP Bronisław Komorowski złożył w niedzielę po południu wieniec kwiatów przy kamieniu upamiętniającym ofiary katastrofy polskiego samolotu pod Smoleńskiem, w której zginęła para prezydencka oraz 94 inne osoby. Kwiaty złożył również gubernator Smoleńska Siergiej Antufiew.

W polskiej delegacji, która oddała hołd ofiarom i pomodliła się za nich przy kamieniu, był również generał Wojciech Jaruzelski, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Stanisław Koziej oraz reżyser Andrzej Wajda."

Jestem ciekawy czym dojechali na miejsce... Wygląda to na jakąś szopkę zważywszy na obecność Jaruzelskiego czy Wajdy... Jaruzelski się modlił... Jaruzelski i Komorowski... były sowiecki namiestnik z tymczasowym p.o. prezydenta...w jednym samolocie...ciągłość władzy...
Masakra

W wyważony sposób o pojednaniu...

czwartek, 6 maja 2010

Innymi słowami o pojednaniu...


Może nazbyt emocjonalnie przedstawiłem własne poglądy w poprzednim poście. Niestety, nie potrafię konstruować skomplikowanych tyrad uzasadniających jakąś opinię. Tym razem z pomocą przyszedł mi pan prof. Józef Szaniawski:

"Pojednanie z Rosją, o którym ostatnio tyle mówią niektórzy politycy i media, nie powinno być celem samym w sobie i odbywać się na warunkach Moskwy, tak jak ma to ostatnio miejsce na Ukrainie. Pojednanie jest dużo bardziej potrzebne Moskwie niż Warszawie. Pojednanie na warunkach rosyjskich oznaczałoby m.in. uznanie przez Polskę wszystkich zbrodni Rosji sowieckiej, w tym agresji z 17 września 1939 roku, ludobójstwa w Katyniu, zesłań na Syberię, gwałtów i rabunków sołdatów Armii Czerwonej, a wreszcie pozbawienie suwerenności Polski w latach 1944-1990. Jak obecny władca Kremla pojmuje pojednanie z Polakami, pokazał premier Władimir Putin 7 kwietnia 2010 r., kiedy w obecności premiera Donalda Tuska nad dołami śmierci w Katyniu manipulował faktami i fałszował historię. Do pojednania potrzebna jest dobra wola dwóch stron, pojednanie może być budowane wyłącznie na prawdzie, a prawda jest zawsze znakiem sprzeciwu wobec zła. A to nie Polska, tylko Rosja była imperium zła. Polska była jego ofiarą."

Nic dodać, nic ująć.

źródło: http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=104699

środa, 5 maja 2010

Filozofy poje..ane...


Flaki mi się przewracają kiedy czytam przeróżne mądrości narodowych autorytetów moralnych typu TW Filozof, Andrzej W. itp....

Ostatnia Gówno Warta akcja "pojednanie z Rosją" przekracza wszelkie granice dobrego smaku. Nie ustalono przyczyn katastrofy smoleńskiej, co jest zrozumiałe bo przecież wymaga czasu. Obściskujący Tuska Putin wyznaczył trend dla swoich "przyjaciół z Polszy": godzimy się!

Nawiązując do M. Króla /kilka postów wcześniej/ myślę sobie, że to było tak:
dzwoni pewien dziennikarz do pewnego reżysera:
- słuuuuchaj Aas bo bo nieee beeede powtaaarzał: z waaawaaawelem troochę nie wyyyszło, aaale jakbyyś jakąąą laaampkę na ruuuskich grooobach zapalił...

No to As zapalił. Redaktor fotkę strzelił. Autorytety skomentowały. I jest git. Pojednanie aż miło.

Na ten przykład Filozof, jakby go filipińska przypadłość zaatakowała poleciał takim tekstem:

"Bo większość z nich to byli zwykli chłopcy, którzy szli do Berlina, marząc o wolności, nie o stalinowskich ideałach. To nie są groby wrogów, ale ludzi, którzy przynieśli nam wolność. Czy nie potrafimy zrozumieć dramatu żołnierzy, ich krwi, bólu?"

Wyobrażacie sobie? To nie są groby wrogów! To przyjaciele gwałcili Wasze babki, mordowali Waszych dziadków, rabowali krany i klamki i uszczęśliwili Was na długie dziesięciolecia. Nie rozumiem, nie akceptuję, szlag mnie trafia!

Rzecz jasna, szacuję wszystkie nekropolie bo tak mnie mamusia nauczyła, ale ta akcja budzi moje hmmmm... wątpliwości. Zresztą podobnie, jak lista "intelektualistów", która podpisała apel...

źródło: http://wyborcza.pl/1,75478,7843408,Polskie_swiatelko_dla_Rosjan.html

fota: tamże autor: Kuba Atys/Agencja Gazeta

poniedziałek, 3 maja 2010

Ważny, aczkolwiek cudzy tekst...


Jako, że nie wszyscy śledzą alternatywne dla GW i tvn źródła wiedzy ośmielam się przytoczyć ważny, wyważony choć prawdziwy zarazem tekst pana profesora Jacka Trznadla. Artykuł został, lub zostanie opublikowany w Naszym Dzienniku. Obok okładka audiobooka "Hańby domowej" pasująca do treści artykułu po dodaniu pytajnika...
Hańba domowa?
------------------------------------------------------------------------------------
Potrzaskane czarne kwiaty
Nasz Dziennik, 2010-05-03

Są wszelako w księdze żywota i wiedzy
ustępy takie, dla których formuł stylu nie ma...
Cyprian K. Norwid, Czarne kwiaty


Prawdą jest niewątpliwą, że takie rzeczy się nie zdarzają... Czy nie należało jednak sądzić, że zdarzyć się mogą, i nie umieszczać w jednym samolocie (a jak się okazało - złowróżbnej kapsule czasu) tylu osób bliskich nam i ważnych dla Rzeczypospolitej? Co więc myślę niezmiennie od porannych godzin 10 kwietnia, kiedy dotarła straszna wiadomość spod Smoleńska?

Że przede wszystkim prawie natychmiast powinniśmy usłyszeć wystąpienie specjalne premiera rządu skierowane do Narodu. To on powinien powiadomić nas o katastrofie i ją potwierdzić. Ale także ogłosić powołanie specjalnej polskiej komisji do zbadania okoliczności i przyczyn tej katastrofy. Usłyszeć powinniśmy także, że wystąpił już do rządu rosyjskiego z niedającym się ominąć żądaniem, że to polska komisja będzie nadrzędna w tej sprawie. Dopuszcza to prawo międzynarodowe. Mówiąc ogólnie: premier Donald Tusk i marszałek Bronisław Komorowski doprowadzili do sytuacji, w której w wyniku śledztwa mogą nie być odnalezione dowody winy, a nawet mogą one być unicestwione. W żadnym z cywilizowanych krajów, wzorujących się na rzymskim sądownictwie i prawie, śledztwo nie mogłoby być powierzone, powiedzmy - komuś z rodziny podejrzanego o sprawstwo.

Zakazane słowo "zamach"
Kiedy giną najlepsi ludzie Rzeczypospolitej wraz z ich prezydentem, wszystkie wysiłki rządu suwerennego państwa powinny być skierowane na wyjaśnienie przyczyn tej tragedii, mówiąc technicznie, tej katastrofy. Czy jest ona fatalnym zbiegiem posępnych okoliczności, czy też stoją za nią nieznane ręce nieznanych osób, które wpłynęły na tę katastrofę przez rażące zaniedbania lotniczych reguł lub wręcz wywołały okoliczności, które katastrofę spowodowały? W tym ostatnim wypadku wypowiadamy słowo: ZAMACH.
Premier i rząd, w niepisanym edykcie dla ludu, ale przede wszystkim dla służących im dziennikarzy, wrzucili to słowo do pancernego sejfu z napisem "tabu". Jednak ogół społeczeństwa nie dostosował się do tego nakazu. Słyszę to słowo, oznaczające jedną z możliwości, w codziennych rozmowach. Padało także niejeden raz w filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego "Solidarni 2010". Stawiam sobie pytania formalne, które w każdym śledczym dochodzeniu są stawiane.
Po pierwsze, kto mógłby mieć motyw, żeby pomóc tej katastrofie. Seneka powiedział: "Is fecit cui prodest". Czyli należy sprawdzić, kto mógłby na tym skorzystać. Oczywiście: przeciwnicy elity, która zginęła. Odpowiedź, nieprzesądzająca wprawdzie o sprawcy, mogłaby brzmieć: państwo rosyjskie, słynne ze skrytobójstw i egzekucji przewyższających ilościowo znane nam zbrodnie hitlerowskie, oraz obecny rząd wraz z premierem i jego partią, Platformą Obywatelską. Siła ich przeciwnika została przecież bardzo zmniejszona.
Po drugie: kto był obecny w chwili zbrodni na miejscu zdarzenia, w obsłudze lotniska? Sami Rosjanie. Następne pytanie kontrolne brzmi: jak mogli to zrobić? A jeśli zrobili, to czy mogli to ukryć?
Samolot Tu-154M do końca był sprawny, jak twierdzą rosyjscy specjaliści, i wyprowadzają z tego twierdzenie o winie pilota. Jednak lądowanie na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem było dziecinnie łatwym, szkolnym zadaniem. Trzy dni wcześniej lądowali na nim premierzy Władimir Putin i Donald Tusk. Lądowanie odbywało się w świetle dnia. Na czym mógłby polegać błąd pilota powodujący odchylenie w poziomie o 50-60 metrów i w pionie o około 50 metrów? Takich rzeczy nie może zrobić doświadczony pilot wojskowy znający ten samolot i to lotnisko i lecący w pełnym świetle dnia. Pozostaje tylko efekt fatamorgany, ale to jest science fiction. Natomiast nie należy do niej sztuczne wytworzenie mgły na krótko przed lądowaniem (praktykowane na poligonach wojskowych i w Hollywood). Należy jeszcze rozważyć mogące działać równocześnie błędne wskazania przyrządów pomiarowych na pokładzie. Mogły one zostać zepsute przy pomocy wiązki broni laserowej, którą od kilku lat chwalą się Rosjanie. Lub w prostszy sposób: przez podanie pilotowi np. błędnych namiarów ciśnienia z wieży kontrolnej. Pilot mógł być nieprzytomny z powodu rozpylenia sztucznej substancji umieszczonej w samolocie za pomocą sygnału radiowego z zewnątrz. W podobny sposób można było zresztą uszkodzić lotki, tak aby samolot wymknął się spod kontroli pilota.

Odgórna cenzura
W tej sytuacji w pierwszej kolejności należy przesłuchać świadków. Nie przeżył (?) ani jeden świadek z rozbitego samolotu, piloci jednak mogli nagrać swoje spostrzeżenia na taśmie czarnej skrzynki. Czarnymi skrzynkami zawładnęli jednak technicy rosyjscy i przez przeszło dwa tygodnie, odkąd są w ich posiadaniu, nie udostępnili dosłownie niczego z zapisu, także z treści wypowiedzi polskich pilotów. Co więcej, słyszymy, że Rosjanie nie oddadzą nam czarnych skrzynek, a jedynie zapisy z ich treści. A przecież każda z części samolotu stanowi własność państwa polskiego! A zapisy czarnych skrzynek w sposób nieprzekraczający możliwości techniki mogą zostać zmanipulowane. Z drugiej strony, nie słyszymy także, że przesłuchano nagrania rozmów z wieżą kontrolną, a ich utrwalenie powinno być regułą. Ale także nie udostępniono przesłuchań pracowników wieży kontrolnej, a uzyskane w fazie początkowej ich wypowiedzi pełne były nie szczegółów technicznych, lecz ewidentnych kłamstw. Jeden z polskich prokuratorów powiedział również, że nie zostaną uwzględnione i podane do wiadomości "treści intymne" tych nagrań. Czyli - z góry zapowiedziana cenzura. Jakież to bowiem treści intymne mogły się pojawić w ostatnich sekundach lotu? Okrzyki niekontrolowane nie są treściami intymnymi. Piloci mogli jednak chcieć przekazać świadomość zewnętrznej agresji na samolot. Mogli nie zdążyć jej udowodnić, dowody niszczyła katastrofa. Może to były owe "treści intymne", niedopuszczalne z punktu widzenia sprawcy?
Rząd polski i premier Tusk zgodzili się gładko, że tak ważna sprawa jak identyfikacja ciał ofiar była dokonywana nie w Polsce, lecz w Moskwie. A przecież i ciała ofiar, i szczątki samolotu mogły natychmiast znaleźć się na obszarze państwa polskiego. Nie ogłoszono przy tym ani jednej sekcji zwłok potwierdzającej, że przyczyną zgonu było uderzenie o ziemię samolotu. Narażono rodziny ofiar na bolesną i męczącą podróż do Moskwy w celu identyfikacji ofiar. Mogło to jednak pozwolić na przygotowanie ochotników okazujących czułość Polakom, by móc następnie mówić o aktach jednania się przedstawicieli obu narodów. Może autopsja lekarzy sądowych pozwoliłaby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ciała były tak zmasakrowane, że nie do rozpoznania bez mikroskopowego badania DNA, jak kopalnych szczątków sprzed setek tysięcy lat? Czy tłumaczy to upadek z wysokości 10-15 m (tak leciał samolot w ostatniej fazie w ruchu poziomym) i przy szybkości niewiele ponad 200 km/h? Relacje z różnych katastrof z podobnej wysokości mówią nieraz o istotnej liczbie ocalonych. Zwłaszcza że są doniesienia komisyjne, iż nie było wybuchu ani pożaru, który objąłby kabinę pasażerską. I co spowodowało, że samolot rozpadł się dosłownie na drobne kawałki? Zresztą wiemy z ubiegłych lat, że w państwie sowiecko-rosyjskim nigdy nie przyznawano się do sprawstwa i winy w obliczu wielkich katastrof (zestrzelenie pasażerskiego samolotu koreańskiego, setki ofiar; wystawienie wojska na promieniowanie jądrowe podczas prób atomowych, niewiadoma katastrofa okrętu podwodnego "Kursk", z niewątpliwym zaniedbaniem ratowania ofiar zatopienia).
A biorąc pod uwagę "katyński" wymiar tej katastrofy - do jej momentu, i do dziś zresztą, nie ogłoszono odtajnienia wszystkich dokumentów katyńskiego ludobójstwa, przypisanego przez ZSRS Niemcom na procesie norymberskim, a dzisiaj tylko jednej osobie - Józefowi Stalinowi. Pamiętamy, że Rosja wciąż jest krajem, gdzie bezkarnie mogą się ukazywać książki udowadniające niemiecką winę za Katyń (np. Muchin) reklamowane afiszami w metrze. W Europie podlegałoby to sankcjom prokuratorskim i karom, ale także autorzy staliby się obiektem drwin. Dlaczego przypuszczenie o możliwym zamachu służb rosyjskich miałoby być "tabu" w odniesieniu do kraju, gdzie nie wprowadzono dekomunizacji podobnej do denazyfikacji w Niemczech? Gdzie nie było ani jednego publicznego procesu zbrodniarzy odpowiedzialnych za wielomilionowe eksterminacje (nie mieli takiego procesu nawet Ławrientij Beria i Bohdan Kabułow, wybrani przez akolitów Stalina na kozły ofiarne). A wizerunek Stalina, zbrodniarza wszech czasów, może być wystawiany publicznie bez sankcji prokuratora.
Z tych wszystkich powodów, o których tu piszę, powstała moja myśl o apelu do społeczeństwa i listu otwartego w sprawie powołania międzynarodowej komisji ekspertów lotnictwa dla zbadania tego wypadku. Gdy to piszę, 27 kwietnia 2010 r., lista osób, które podpisały ten apel, przekroczyła 20 tysięcy. Do podpisów dołączane są adnotacje. Przytoczę tylko jedną, polonijnego klubu w USA, gdzie postanowiono wystosować list nie do władz polskich, lecz rządu USA, aby rozważył dwie możliwości, że: "zasadniczo Prokuratura Rosyjska i nie podejmująca właściwych kroków Prokuratura Polska eliminować będą dwie najtrudniejsze i prawdopodobne hipotezy, po pierwsze - o możliwej celowej akcji władz Rosji, po drugie - o celowej akcji władz Platformy Obywatelskiej, zwalczającej ośrodek prezydencki, która w znacznym stopniu może deformować poczynania Prokuratury Polskiej" (22 kwietnia 2010 r.).

Zasłużeni dla sprawy Katynia
Naturalne jest, że zaraz po wiadomości o katastrofie myśli moje pobiegły ku pierwszym odwiedzinom Katynia i katyńskiego lasu w 1990 roku. Nie było jeszcze katyńskiego cmentarza. W Gniezdowie, stacji wyładunkowej polskich oficerów, nie zmieniło się nic od 1940 roku. W chatach mieszkało wielu ludzi, pełnych jeszcze strachu, że pamiętają mroczne historie związane z rozstrzeliwaniami w katyńskim lesie. W takiej chacie mieszkał stary Michaił Kriwoziercew, jeden z sygnatariuszy kłamliwego sprawozdania z Katynia akademika Nikołaja Burdenki, zaprzeczającego niemieckim (ale też rosyjskim i polskim odkryciom prawdy). Nie chciał z nami rozmawiać, dopiero gdy córka powiedziała: "No, starik, przecież już cię nie wywiozą na Biełomor Kanał!", przyszedł w czapce na głowie i opowiadał, jak dano mu do podpisania komunikat Burdenki bez udostępnienia jego treści. Chciałem wtedy jakoś przedostać się w miejsce słynnej daczy NKWD w lesie nad Dnieprem związanej z rozstrzeliwaniem polskich oficerów. Ale wszędzie były zapory z kolczastego drutu, a dacza, jak wiadomo, została zrównana z ziemią, jak tylko Armia Czerwona znów zajęła Smoleńsk. Pamiętam z tego roku bliskich nam Rosjan i tych bliskich rosyjskich słuchaczy, gdy wygłaszałem kilka dni potem w Moskwie referat o Katyniu. Nie wiedziałem wtedy, nie mogłem przewidzieć, jak silnie zwiąże mnie po latach polski los z tym miejscem.
Znałem kilka osób, które zginęły w katastrofie. Z Bożeną Łojek od dwudziestu lat organizowałem historyczne poszukiwania katyńskie, kiedy w wyniku także mojej inicjatywy i pomysłu została zarejestrowana Polska Fundacja Katyńska (nie żyje już kilku jej członków założycieli). Tak się złożyło, że w ostatnim czasie jestem przewodniczącym Rady tej Fundacji, Bożena Łojek była prezesem jej Zarządu. Potrafiliśmy w ciągu tych lat, przede wszystkim dzięki nieustającej w działaniu Bożenie, zorganizować wiele sesji historycznych o problematyce katyńskiej, czego plonem stały się kolejne, grube "Zeszyty Katyńskie" (dwadzieścia kilka numerów, pod troskliwą redakcją Marka Tarczyńskiego). Widziałem Bożenę w sądach warszawskich ledwie na tydzień przed katastrofą. Promieniowała swoją zaraźliwą energią, a chodziło o proces wytoczony Polskiej Fundacji Katyńskiej przez Ninę Karsov-Szechter za to, że opracowałem i wydałem w 1996 roku tom zbierający wszystko, co Józef Mackiewicz, świadek ekshumacji z 1943 roku, napisał o Katyniu. Bo to Nina Karsov ma prawa autorskie do Mackiewicza. Jednak książki o Katyniu nie wydawała przez dwadzieścia pięć lat. Ja zaś uważałem to opracowanie za wymóg polskiej racji stanu.
Z Januszem Kurtyką, szefem IPN, rozmawiałem, tak zdawałoby się niedawno, na mackiewiczowskiej sesji naukowej w Szwajcarii, w Rapperswilu, a kilka miesięcy temu wymieniłem z nim listy na temat konieczności wydania po polsku dwu podstawowych dokumentów katyńskich ubiegłej epoki: niemieckiego "Amtliches Material..." o Katyniu (Urzędowy Materiał o zbrodni w Katyniu z 1943 roku) oraz akt komisji Kongresu Amerykańskiego w sprawie Katynia z roku 1952 ("Hearings..." - także nie ma tłumaczenia polskiego), siedem tomów, prawie 2400 stron. Myślę, że z pomocą prezesa Kurtyki to by się wreszcie ukazało.
Nigdy nie zapomnę podróży samochodowej do Charkowa w 1992 roku, gdzie miałem być świadkiem ekshumacji oficerów ze Starobielska, rozstrzelanych w Charkowie, a rzuconych w doły śmierci obok, w Piatichatkach. Towarzyszył nam w tej podróży Stefan Melak, także muzealnik z Zamku Królewskiego, ale przede wszystkim inicjator i realizator pierwszego symbolicznego grobu katyńskiego na cmentarzu Wojskowym warszawskich Powązek. Płyta, z datą 1940 r., położona w przeddzień rocznicy powstania, 31 lipca 1981 roku, została haniebnie usunięta najbliższej nocy przez ubeckie łapy.
Zawsze też ze wzruszeniem wspominam Annę Walentynowicz, która kilka lat temu - pomimo choroby i wieku - weszła na moje czwarte piętro bez windy, by rozmawiać o najżywotniejszych sprawach Polski, tylko to bowiem było treścią jej życia. Gdyby starczyło czasu, mielibyśmy wspólne wspomnienia historyczne z zamierzchłych czasów początku lat pięćdziesiątych, kiedy jeszcze ulegałem złudzeniom, że coś w Polsce sprawiedliwego może się ułożyć. Nie doszło do tych wspomnień, ale wiem, jak prędko prysły te złudzenia.
I nie zapomnę też nigdy, jak kilkanaście lat temu, szukając miejsca na jakąś szybką rozmowę w cztery oczy w społecznej sprawie, Lech Kaczyński skorzystał z mojego zaproszenia i odbył ją w moim mieszkaniu, w pokoju, w którym teraz piszę.

Klamra pamięci
Urywki tych wspomnień, jak strzępy Norwidowych "Czarnych kwiatów", zapisuję tu, ponieważ po tym, co się stało tak niedawno, nie mogą one wciąż dręcząco opuścić mojej pamięci. Nie są to błyski czasu mówiące o spotkaniach towarzyskich. Gdyż poza tymi wspomnieniami zawsze stoi cel tych spotkań - sprawa polska, sprawa pamięci o wspólnej historii nas wszystkich, były one poświęcone jej utrwalaniu.
Nie czuję się człowiekiem wiekowym, chociaż właściwie już nim jestem. W zeszłym roku podczas wspólnej rozmowy radiowej o literaturze i historii polskiej tuż po wojnie, uświadomiłem sobie nagle, że w gronie tych kilku osób, wśród których był także nieodżałowany w mojej pamięci wybitny historyk Paweł Wieczorkiewicz - ja tylko wspominałem ten okres z autopsji. Inni byli na to za młodzi. Jaki to ciężar tak myśleć, ale jest w tym także poczucie pewnego obowiązku. Pokazywać, że Polska, jej historia, jest także wielkim ciągiem pokoleń, które w ten czy inny sposób, pracą lub heroizmem swoich poczynań, pracowały na nasze poczucie jedności i ciągłości narodowej. Kiedy patrzyłem na wawelski pogrzeb pary prezydenckiej, przypominałem sobie odwiedziny na Wawelu i kryptę z trumną Józefa Piłsudskiego w 1938 roku, kiedy to jeszcze przez szybkę u góry trumny można było zobaczyć jego twarz z charakterystycznymi wąsami. Upływ czasu sprawił, że dziś jest to już niemożliwe. Ale jakiej trzeba było katastrofy lub zbrodni, że dziś nie można było pokazać w trumnie twarzy naszego prezydenta...
Potem, w czasie strasznej niemieckiej okupacji w Krakowie, przechodziłem wielokrotnie obok Wawelu, w drodze do szkoły mijając rozkraczone warty niemieckie pod bronią. Mogłem jednak myśleć, bo nie znali ci żandarmi Wawelu moich myśli, że warty znikną i Wawel będzie znów dostępny, znów polski. Z tej perspektywy nie mogę zrozumieć, że znany polski reżyser filmowy chciałby wprowadzić numerus clausus wstępu na Wawel, podległy bliżej nieoznaczonym regułom jego oceny wartości historycznych, a w efekcie uczynić Wawel niedostępnym polskiemu prezydentowi, który zginął lub został zamordowany (czego nie mogę wykluczyć) za Polskę. Gdyby było dość miejsca, wszyscy mu podobni powinni znaleźć się na Wawelu. Ja, krakowianin z rodu, tak właśnie myślę.
Ale to, co się stało pod Smoleńskiem, znów wyznacza nieubłaganą i jakże silną klamrę pamięci w moim życiu. Nieszczęścia, które związane jest z samolotem. Utrwala się to w mojej pamięci, może wbrew logice jednego i drugiego czasu, ale pamięć i przeżycia mają swoje prawa i nie do końca nimi rządzimy. Tak się stało, że we wrześniu roku 1939 moje życie zostało związane z wypadkami lotniczymi, gdy wraz z cywilami z pociągu ewakuacyjnego i małym polskim oddziałkiem kawalerii w niewielkim lasku dostaliśmy się pod bombardowanie i obstrzał broni pokładowej niemieckiego lotnictwa. Stukasy i inne maszyny wśród słyszalnego chichotu (przez megafony) ich załóg zrzucały na nas bomby przez trzy godziny. Gotował się wokół piasek, a na głowę spadały odstrzelane gałązki sosen. Zginął wtedy ktoś bardzo mi drogi.
Dziś moje nieszczęście znów wiąże się, paradoksalnie, z lotnictwem, z samolotem, który mógł być wykorzystany do przemocy. Tyle że zmieniły się strony świata. Działo się to nad ziemią byłego agresora ze wschodu. W górze nie było już moich wrogów, lecz moi, nas wszystkich przyjaciele. Wrogowie, jeśli byli, co się okaże lub nie, byli na ziemi. A ofiary przemocy leżały w podobnym, wątłym, sosnowym lasku. Łączności tych dwu lasków spiętych historyczną klamrą, ponad czasem i historią, nic już dla mnie nie odmieni.

Prof. Jacek Trznadel

--------------------------------------

Prof. Jacek Trznadel - pisarz, poeta, krytyk literacki. Jeden z założycieli Polskiej Fundacji Katyńskiej i Niezależnego Komitetu Historycznego Badania Zbrodni Katyńskiej. Autor zbioru rozmów z pisarzami zaangażowanymi w komunizm "Hańba domowa", szkiców historycznych o Katyniu "Powrót rozstrzelanej armii", opowiadań katyńskich "Z popiołu czy wstaniesz?".

źródło: http://tiny.pl/hth64

środa, 28 kwietnia 2010

Solidarni 2010...


Nie tak dawno przeciwstawiano Polskę solidarną Polsce liberalnej. Wyszło na liberalną. Liberalna rządzi, solidarna milczy. Do czasu. Ewa Stankiewicz i Jan Pospieszalski przez tydzień chodzili po Krakowskim Przedmieściu i kręcili film dokumentalny. Mówili ludzie, zwykli ludzie: emeryci, robotnicy, aktorzy, żołnierze, inteligenci. Cała Polska zebrała się pod Pałacem Namiestnikowskim i manifestowała swoje przywiązanie do biało-czerwonej flagi, szacunek dla urzędu i osoby Prezydenta, smutek, żal, czasem przeprosiny za niesprawiedliwy i pochopny osąd. I to wszystko nakręcili wspomniani wyżej ludzie. Pozwalając na swobodną wypowiedź, bez ingerencji, cięć i przeszkadzania. Usłyszeliśmy i ujrzeliśmy Polskę i jej głos. Głos zatroskany, żałobny i dumny zarazem. Usłyszeliśmy rzeczy, których w tvn-ie raczej nie usłyszymy... Film trzeba zobaczyć - jest dostępny na youtube.

...a że akcja zwykle wywołuje reakcję:

Sojusz Lewicy Demokratycznej:


"Szanowny Pan
Witold Kołodziejski
Przewodniczący
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji

W poniedziałek, 26 kwietnia Program Pierwszy Telewizji Polskiej, wyemitował film dokumentalny Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego, "Solidarni 2010". Producentem filmu jest Robert Kaczmarek - ten sam, który wspólnie z Grzegorzem Braunem zrealizował dzieło pt. „Towarzysz Generał”, poświęcony Wojciechowi Jaruzelskiemu.

Grono takich twórców stworzyło film, za pomocą którego po raz kolejny udało się wzbudzić wielkie kontrowersje, podgrzać społeczną atmosferę i podzielić społeczeństwo. Podczas dwugodzinnej emisji bez słowa komentarza, wybrani przechodnie obarczają winą za katastrofę prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem: media, partie polityczne, a nawet Rosjan.

W chwili, gdy wiele osób, wciąż opłakuje najbliższych, którzy zginęli w katastrofie samolotu prezydenckiego, kiedy mówi się o powszechnej zgodzie narodowej, o zmianie języka w debacie publicznej o zaniechaniu stosowania brutalnych elementów w sporach politycznych, telewizja publiczna uraczyła widzów materiałem, który zaprzecza tej atmosferze spokoju i zadumy, jaka wytworzyła się po tragicznej katastrofie.

Czy wzbudzanie społecznych i narodowych antagonizmów jest rolą telewizji publicznej? Czy misją telewizji publicznej jest propagowanie nienawiści? Pokazywania odczuć Polaków po tragedii tylko w jednym świetle, pełnym nienawiści, bezpodstawnych podejrzeń i spisków?

Naszym zdaniem film zupełnie bezpodstawnie wykorzystuje śmierć Pana Prezydenta do partyjnej kampanii. Pokazywania jednoznacznej, przekoloryzowanej rzeczywistości, wygodnej dla polskiej prawicy. Przykre, że do tego celu wykorzystuje się tak wielką tragedię i to przy pomocy telewizji publicznej.

Myślę, że wyprodukowanie i wyemitowanie tego filmu, przez telewizję publiczną powinno stać się przedmiotem oceny Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Emisja tego filmu burzy poczucie żałobnej jedności Polaków w sprawie tragedii. Film tworzy pełne obsesji obrazy. Znacząco odbiega od standardów jakich oczekuje się od mediów publicznych. Promowanie podziału, granie na emocjach wprowadza chaos myśli, rozsądek spycha na manowce

/-/ Jerzy Wenderlich
Wiceprzewodniczący Komisji Kultury i Środków Przekazu

/-/ Tomasz Kalita
Rzecznik Prasowy SLD"

Wytłuszczenia-moje dla zaznaczenia trendów. Dokument o Jaruzelskim - pierwszorzędny, w zasadzie suche przedstawienie kariery i osobowości generała. Zarzut SLD dla producenta to rękojmia dobrej roboty! Dziennikarze nie prostowali słów ludu - jak można było do tego dopuścić? Ministerstwo Propagandy jest zawiedzione. A lud bezczelny ośmiela się podejrzewać Rosjan, czyżby pamięc historyczna i przeżyte doświadczenia pozostały w Narodzie mimo tylu lat prania mózgów?

Kolenda-Zaleska:
"Sam przekaz filmu był skandaliczny. Teza w największym skrócie brzmiała tak: katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach, premier Tusk ma krew na rękach, a Rosjanie chcą nas jak zawsze oszukać. I tylko prawdziwi patrioci, czyli ci, którzy wcześniej popierali politykę prezydenta Lecha Kaczyńskiego i go nie krytykowali, mają prawo dzisiaj po nim płakać."

"To jest zakłamywanie rzeczywistości. To film, który z założenia miał pokazywać spiskową wizję dziejów."

"Dziennikarz jest nie tylko od tego, żeby rejestrować, ale także by objaśniać świat i analizować to, co widzi i słyszy."

"Ale to, co zrobili pan Pospieszalski i pani Stankiewicz, to nie był żaden reportaż, ale zwyczajna agitka. Nieodpowiedzialna, jednostronna, zafałszowująca obraz Polski i pełna elementarnych błędów dziennikarskich. Im dłużej ten film oglądałam, tym bardziej się czułam przerażona."

Pochwalić należy demiurgów masowego przekazu: dzisiaj oficjalnie włączyli podejrzenie zamachu terrorystycznego do możliwych przyczyn katastrofy prezydenckiego tupolewa. Inne tezy także poprawne, bo przecież samoloty VIP-ów podlegają Ministrowi Obrony Narodowej, który jest podwładnym premiera. Także Rosjanie na wysokim szczeblu dezinformacji podawali newsy o czterech podejściach do lądowania i nieznających rosyjskiego pilotach. O tym, że nagłe nawrócenie i krokodyle łzy szyderców są nad wyraz faryzejskie i raczej powinni zamilknąć niż rozpaczać miłosiernie nie wspomnę.
Spiskowe teorie dziejów... o tak, lubię, cenię i wyznaję :-)
Dziękuję Ci Katarzyno za objaśnianie świata, to zdecydowanie nie mój świat. I nie dziwi mnie twoje przerażenie: vox populi - vox Dei w wolnym tłumaczeniu: bój się Boga kobieto...

Tytuł GW: "Aktorzy wśród bohaterów reportażu "Solidarni 2010"

Rzecz jasna: aktor jest zawodowym fałszerzem rzeczywistości i nie ma prawa do prywatnych poglądów. Ta banda kretynów zdecydowanie mnie irytuje...
I ta także:

""Polityczne i medialne karły udające autorytety" - to tytuł ulotki rozdawanej na ulicach Warszawy. Są na niej zamieszczeni znani politycy, dziennikarze, artyści: Janusz Palikot, Donald Tusk, Stefan Niesiołowski, Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski, Julia Pitera, Radosław Sikorski, Magdalena Środa, Kazimierz Kutz, Michał Figurski, Piotr Tymochowicz, Jacek Żakowski, Grzegorz Miecugow, Tomasz Lis, Piotr Najsztub, Mikołaj Lizut i Katarzyna Kolenda-Zaleska oraz ich cytaty, które według autorów ulotek obrażały tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ulotkę podpisana jest stwierdzeniem: "Te karły szydziły z naszego prezydenta. Teraz my bojkotujemy ich!". Amen


źródła:
1. http://www.sld.org.pl/aktualnosci/p-r-m-a-4905/aktualnosci.htm
2. http://www.rp.pl/artykul/467926.html
3. http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7822921,Aktorzy_bohaterami_reportazu__Solidarni_2010_.html
4. http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7823893,Ulotki_w_Warszawie___Te_karly_szydzily_z_naszego_prezydenta_.html

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Jedno zdanie...


"Wadził się z sądownictwem, mediami, elitą biznesu, a także z Unią Europejską, Niemcami i Rosją" - taki cytat wiadomy szmatławiec zacytował z Reutersa dyskredytując kandydaturę Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta III RP.

Dokonajmy rozbioru tego zdania:

wadził się z sądownictwem - czy to aby nie oznacza walki ze świętokrowiem korporacji prawniczych, korupcją i agenturalnym uwikłaniem naszych "niezawisłych, obiektywnych i sprawiedliwych" sędziów, prokuratorów etc.?

wadził się z mediami - ciekawe dlaczego był aż taki konfliktowy? Czy nasze "prawdomówne" media należy chwalić, czy ganić... przymykać oczy na manipulacje, czy dawać się zmanipulować?

wadził się z elitami biznesu - które powstały z nadania służb specjalnych PRL-u, czy wynikły z przysłowiowej przedsiębiorczości Polaków?

wadził się z Unią Europejską, Rosją i Niemcami - a może po prostu reprezentował polską rację stanu????

Masakra! Ludzie! Głosujcie na Kaczora! Na pohybel platformersom!

Przepraszam za dobór fotki - do wyboru były głównie ośmieszające, ponure, zawzięte... ot, dokładnie takie jak prezydenta Lecha Kaczyńskiego za życia.

źródło: http://tiny.pl/hgbv1
fotka: Igor Morye http://tiny.pl/hgbvl

niedziela, 25 kwietnia 2010

Król jest niebezpieczny...


Wybiórcza poinformowała, że tygodnik WPROST zrywa współpracę z Markiem Królem /byłym redaktorem naczelnym, właścicielem i felietonistą/ za napisanie felietonu pod znamiennym tytułem "Nie polezie orzeł w GW-na" w którym "brutalnie zaatakował "Gazetę Wyborczą" i jej naczelnego Adama Michnika".

Nie mogłem się oprzeć, więc dokopałem się do tego smakowitego artykułu i ośmielam się go w całości przytoczyć, z intencją "dla wolności słowa odrębnego"...
-------------------------------------------------------------------------------------
Marek Król "Nie polezie orzeł w GW-na"

„Sen Wyspiańskiego o Polsce wolnej, żal do współczesnej, ból, sarkazm, ten porachunek poetycki z własnym pokoleniem Wajda przetłumaczył na język filmu, a raczej na wrzask i bełkot. Inteligencję tych czasów przedstawił nam jako bandę niezdolnych do czynu kabotynów, którym w pijackim zamęcie coś tam we łbach się majaczyło. Kazał nam zapomnieć, że z tego środowiska, z tej ziemi, już za lat 30 wyszli pierwsi od lat polscy żołnierze”. W czasach, z których pochodzi ten cytat, nie należało przypominać, że żołnierze ci to legiony Piłsudskiego. Nie napisał tych słów jakiś wyznawca kaczyzmu czy ideolog PiS. To fragment felietonu z początku lat 70. Antoniego Słonimskiego.
Nikt tak konsekwentnie nie zwalczał w tamtych czasach popieranego przez partię i rząd zjawiska wajdalizmu jak twórca tego zapomnianego określenia – Antoni Słonimski. Co było istotą wajdalizmu, wyjaśnia następny cytat z felietonu Słonimskiego. „Niechęć swoją do romantycznych kart naszej historii wyraził już Wajda w ?Popiołach? Żeromskiego. Już nam pokazał, że napoleonidzi, którzy nieśli do Polski sztandary wolności i hasła rewolucji francuskiej, to były żałosne łachudry, kondotierzy spraw przegranych, niepochowane trupy ziemi jałowej".

Mijały lata i wydawać by się mogło, że wajdalizm rósł w siłę. Wizja Polski jako brzydkiej panny na arenie międzynarodowej, niezbyt lubianego członka rodziny europejskiej, zdominowała, wydawało się, serca i umysły Polaków.
Katastrofa, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i znacząca część elit przeciwstawiająca się takiej wizji Polski zdegradowanej, ich tragiczna śmierć, mogła ostatecznie pogrzebać ducha Wernyhory. Ku zaskoczeniu salonu i jego autorytetów tysiące, a może setki tysięcy Polaków w ostatnim tygodniu noc i dzień składało hołd prezydentowi i jego żonie Marii, pierwszej parze najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

Mimo że wcześniej sam Donald Tusk zdegradował prezydenturę do żyrandola i czerwonego dywanu, powtarzając, że prezydent nie jest mu do niczego potrzebny, mimo nieustannego poniżania prezydenta przez Komorowskiego, Niesiołowskiego i Palikota, mimo tego wszystkiego Lech Kaczyński doczekał się wdzięczności i szacunku Polaków. Był z nich dumny i jako pierwszy obywatel kochał, szanował i wierzył w wielkość swoich rodaków. I dlatego, choć poniżany i niedoceniany za życia, po tragicznej śmierci stał się wielkim symbolem dumnej Polski. A symbole w Polsce są bardzo niebezpieczne, bo mogą zniszczyć wieloletni dorobek postępowych polskich Europejczyków, ukrywających brzydką pannę w kątach salonów Brukseli, Paryża czy Berlina.

Nie dość, że wbrew zaleceniom Polacy zaczęli się narodowo bałamucić, to jeszcze ten pochówek pary prezydenckiej na Wawelu.

To był kolejny policzek dla postępowego salonu i zagrożenie, że prawicowo-romantyczna hydra, demony, jak je nazwał Kazimierz Kutz, urosną w siłę. Bezideowe palikmioty nie mogły na coś takiego pozwolić. Redaktor Adam chwycił zdenerwowany za telefon i zadzwonił do Andrzeja do Krakowa. „A… a… Aaandrzej naa... na… napisz list. Zde… zde… zdewaweluj Kaczora. Ty ma… ma… masz sukces z ty… tym ?Katyniem?, to… tobie wolno. A my w… w… w ?Gazecie? cię po… po… poprzemy". Trudno odmówić racjonalności działaniu redaktora, który pokochał jak nikt inny organizacyjną funkcję prasy. Niestety, poparcie było niewielkie, bo Polacy nie dorośli do poziomu wajdalizmu historii.

Niezależnie od opinii i ocen prezydenta Kaczyńskiego Polacy pożegnali swojego prezydenta, podkreślam: swojego prezydenta, po królewsku. Jestem z tego dumny, bo moi rodacy jeszcze raz potwierdzili to, o czym w „Weselu" tak dobitnie pisał Stanisław Wyspiański: „Ptok ptokowi nie jednaki./ Człek człekowi nie dorówna,/ dusa dusy zajrzy w oczy,/ nie polezie orzeł w gówna”. A dzisiaj już wiemy: nie polezie orzeł w GWna, drodzy redaktorzy.
-------------------------------------------------------------------------------------

Prawda... Króla pozbawiła pracy...

źródła: http://wyborcza.pl/1,75478,7811421,_Wprost__przeprasza_za_Krola_i_konczy_wspolprace.html
http://www.wprost.pl/blogi/marek_krol/?B=1200